Jak grzałem Lenina

Będąc kandydatem na rzeczoznawcę ds. kotłowych w grudniowy dzień 1968 r.wyjechałem w teren

Laboratorium PL

z moim Mistrzem. Po drodze wstąpiliśmy do Pana Inżyniera mieszkającego w nowym bloku przy ulicy Krakowskiej w Krośnie. Inżynier był w podeszłym wieku i od kilku lat pobierał emeryturę ale dorywczo jeszcze wykonywał jakieś czynności dozorowe. Władek mój mistrz po krótkim powitaniu pozostawił mnie z jakimiś dokumentami technicznymi, które miał przeglądnąć Pan Inżynier, którego między nami młodymi w wieku dwudziestu kilku lat kandydatami na rzeczoznawców nazywaliśmy ”Dziadkiem”. Z początku rozmowa się nie kleiła ale po usłyszeniu ze urodziłem się na Łyczakowie, Dziadek wyraźnie się ożywił i zaczął swoją opowieść. Zwracają się do mnie per ojciec/nie wiem dlaczego, może trafnie przewidywał kolejną role w moim życiu/. Rozmowę rozpoczął tak : Te ojciec posłuchaj, wtedy byłem tak młody jak ty teraz a był to drugi rok mojego przymusowego pobytu w Piotrogrodzie. Znalazłem się tam zmuszony do ujawnienia tym ogłoszeniem: „Od Wojennego Generał-Gubernatora Galicyi.  Ogłoszenie. W celu uniknięcia poboru męskiej ludności Galicyi w wieku od lat 18-50 w szeregi armii austro- węgierskiej w miejscowościach mogących być opuszczonymi przez wojska rosyjskie, Głównodowodzący armiami południowo-zachodniego frontu – rozkazał wszystkich takich mieszkańców, oprócz żydów, wysłać w granice Państwa Rosyjskiego, do gubernii Wołyńskiej, pozwalając im wziąść ze sobą rodzinę, dobytek, trzodę i konie. Wobec tego proponuje się osobom, mającym zamiar obecnie wyjechać do wyżej wymienionej gubernii na własny koszt, że korzystać mogą oprócz zwyczajnych pociągów, jeszcze z dodatkowych, które odchodzą z dworca głównego codziennie, począwszy od dnia 3. (16.) czerwca, wieczorem. Wyjeżdżający koleją, powinni zaopatrzyć się w przepustki, które wydaje Kancelarya Jenerał-Gubernatora. Dozwala się również wziąć z sobą mały bagaż. Lwów, dnia 2. czerwca 1915. Wojenny Jenerał-Gubernator Galicyi. Jenerał-Adiutant  hrabia Bobrinskij”. We Lwowie w dniu 5 czerwca 1915 r. w ostatnie dni okupacji rosyjskiej po ogłoszeniu rozkazu gubernatora, myślałem ze uniknę branki, więc ujawniłem się paszportem rosyjskim wydanym w 1900 roku. Przesłuchali mnie w komendanturze na Dworcu Głównym i rozkazali podjąć służbę jako pomocnik palacza na parowozie jednego z ostatnich transportów kolejowych uciekającej armii. Po kilku tygodniach wędrówki wysiadałem z parowozu w stolicy imperium. Pracowałem przy kotłach Elektrowni zbudowanej jeszcze pod koniec XIX wieku. Od listopadowych dni w 1917r. temperatury w Piotrogradzie były około 250 C poniżej zera. Węgla do kotłów elektrowni Ermitażu było coraz mniej. Pozostały carski Inżynier Mikołaj Mikołajewicz zalecił mi oszczędnościowo podkładać do kotła tylko aby była temperatura 700C na wylocie z kotła. Byłem palaczem i mechanikiem a mój dyplom Politechniki Lwowskiej głęboko schowałem w torbie na narzędzia. Liczyła się znajomość obsługi urządzeń kotłowni i elektrowni.

Urządzenia elektrowni po październikowej rabacji były zdewastowane i rozkradzione z sześciu kotłów zaledwie w jednym skompletowano osprzęt z pozostałych kotłów dobierając części pomp, przewody rurowe, kurki i inne brakujące elementy. Wreszcie przydzielono jakiś marynarzy do pilnowania przed złodziejami.

Przypadek zrządził ze zaczęła się ta historia przy wizycie jednego z patroli, które często nachodziły halę maszyn. Jeden z tych patroli zahaczył Mikołaja Mikołajewicza: Będziesz rozpalał w Smolnym, Lenin nie może marznąć. Wystraszony Mikołaj Mikołajewicz niezwykle cichym głosem: Ja jestem stary człowiek nie mam już na tyle sił, jest tu młody sprytny palacz, może on pomoże. Z lekka podenerwowany niechcący po polsku burknąłem pod nosem–znów przyszli wykolejeńcy. W grupie kontrolujących jak się później dowiedziałem był inżynier Gleb Krzyżanowski, który stojąc obok nagle uprzejmie zagadnął po polsku do mnie wypytując kim jestem i skąd się tu wziąłem?- wykorzystał uzyskane ode mnie informacje aby powiadomić o moim istnieniu Żelaznego Feliksa. Na drugi dzień przyjechało po mnie z dziesięciu uzbrojonych marynarzy i odkrytym samochodem udaliśmy się w stronę Smolnego. Po drodze wręczyli mi przepustkę.

W ten sposób znalazłem się w Smolnym, gdzie przeciskając się przez  niemożliwie śmierdzących ludzi leżących i siedzących na podłogach korytarzy  prowadzili mnie do Żelaznego Feliksa. Przechodząc w ich asyście po korytarzach na każdym kroku potykaliśmy się o leżących i siedzących na posadzkach czerwonoamiejców. Zimno i smród to przede wszystko pamiętam. Przed drzwiami na piętrze moi opiekunowie się zatrzymali i jeden z nich odezwał się po polsku: proszę wchodzić. W pokoju był tylko jeden człowiek za olbrzymim biurkiem na którym obok sterty papierów leżał nagan a może i więcej rewolwerów- już tak dokładnie nie pamiętam. Wchodząc powiedziałem po polsku: Dzień dobry- Feliks Edmundowicz bo on to był  zwrócił się do mnie zachrypniętym głosem: Dobry, dobry będzie jak nie zamarzniemy na lód. I ciągnął dalej-Różni próbowali uruchomić zdewastowane instalacje grzewcze Smolnego i Pałacu Zimowego nie potrafili- już ich nie ma/jak się później dowiedziałem rozstrzelani/. Dasz radę dostaniesz dodatkowy przydział i nagrodę nie dasz rady to cię nie będzie. Odpowiedziałem również po polsku: Potrzebuję do wykonania ludzi z parowozowni (kilku znałem  z mojej pracy jako palacza-maszynisty), sprzętu, narzędzi a tego tu nie ma. Na to Feliks Edmundowicz krótko: Wszystko będziesz miał, masz tych marynarzy oni jak trzeba wyrwą nawet spod ziemi i wykonają co im rozkazać! Do świdania –powiedział dwuznacznie ni to po polsku ni to po rosyjsku nie wstając zza biurka i wskazując mi ręką drzwi. Pomyślałem w duchu- Do widzenia czy do świtu/o świcie regulaminowo dokonywali rozwałek/. Uzbrojeni Marynarze na moje życzenia wyszukiwali ludzi, elementy torów kolejowych, organizowali transport parowozów rury przewodowe, rury grzewcze i inne niezbędne części. Przez tydzień pracując w dzień i w nocy zamontowaliśmy pierwszy parowóz jako kocioł grzewczy zainstalowany obok cerkwi przy Smolnym. Gorąca woda zaczęła płynąć do grzejników rurowych, które wykonaliśmy i zamontowali w niektórych pomieszczeniach Smolnego.    W sobotni wieczór w grupie marynarzy i czerwonoarmiejców przyszedł Włodzimierz Uljanow do mnie i pracujących razem ze mną maszynistów, ślusarzy, mechaników. Pracujący zaczęli niepewnie podnosić głowy, On przeszedł w milczeniu i wsiadł do oczekującej ciężarówki z zabudowanym podestem. Z podestu często przemawiał do zgłodniałego tłumu wychudzonych żołnierzy.                                                                                                                     W korytarzach Ermitażu na Praskiewę pierwszy raz zwróciłem uwagę bo jako jedyna z tutejszych kobiet wyróżniała się śnieżnobiałym dużym kołnierzem swojej czarnoszarej sukni siegającej prawie do ziemi i była w ogóle olśniewająca. Jej brat Stanisław Kutycz, Rusin z Kołomyji był obchodowym w elektrowni gdzie pracowałem. Przez prawie rok wieczorem codziennie spotykałem się z moją dziewczyną Praskiewą w ”Polskiej Gospodzie”, która była miejscem spotkań rodaków rzuconych przez los do tej stolicy imperium zamienionej przez wojnę w miasto biedy, nędzy i głodu. Praskiewa w otoczeniu dwu kobiet siadała na ławie pod ścianą pokoju z tyłu za mężczyznami siedzącymi przy długim stole na środku pokoju, co chwile śmiejąc się z ich krotochwilnych opowieści. Rozmawjając przy stole  dowiedziałem się ze w 1914 r., po wejściu Rosji na front wojny światowej, Sankt Petersburg przemianowano na Piotrogród i ze Niemcy są największymi wrogami cara. Była tutaj możliwość rozmowy z rodakami i zapoznania się z dziewczętami pracującymi w kuchni i przy sprzątaniu pokojów gościnnych. Spotkania odbywały się w póżnych godzinach wieczornych i przeważnie trwały aż do północy. Do czasu pażdziernikowych zamieszek na stole pojawiała się w półmiskach gorąca kasza, skrawki suszonych ryb i czaj. Póżniej pozostał czaj a w talerzach woda z Newy. Około północy towarzystwo rozstawało się,  Praskiewa oraz dwie samotne kobietami pozostawały na nocleg w gospodzie, układając posłania na ławach wokół dużego pokoju. Ja wracałem do elektrowni gdzie obok gorącego kotła miałem swoje ciepłe legowisko czasem któryś z Polaków dołączał do mojej sypialni, pozostali mężczyzni rozchodzili się do różnych miejsc tylko im znanych w Petersburgu. Przy długim stole  stojącym na środku pokoju  przesiadywali  mężczyzni, Polacy, którzy dowiedziawszy się o mojej dodatkowej pracy dla przybyszów z Niemiec ostrzegali nas przed okrucieństwem bandytów sprawujacych władzę w mieście. Musiałem jednak kończyć rozpoczętą robotę. Był już koniec listopada- uruchomiliśmy ogrzewanie z drugiego parowóz po uzupełnieniu grzejników w Pałacu Zimowym. Z ulgą zgłosiłem to u urzędującego w jego komnatach inżyniera Gleba Krzyżanowskiego. Na drugi dzień Gleb zawiózł mnie do Smolnego, gdzie w pokoju nr 66 albo-dokładnie nie pamietam- 166 przyjął mnie Uljanow. W języku rosyskim podziękował mi za zasługi bojowe przy uruchmieniu ogrzewania strategicznych obiektów rewolucji i wręczył napisany na maszynie wniosek o odznaczenie orderem „Czerwonego Sztandaru”/odznaczenie było jeszcze w sferze projektów/. Zapowiedział ze dostanę dodatkowy przydział żywności. W grudniu moje życie prywatne zaczęło się komplikować. Moja dziewczyna była w siódmym miesiącu ciąży i powinna się odżywiać odpowiednio. Niestety zupa z resztek zachowanej mąki a teraz przydziałowe 100g chleba i kasza od rewolucyjnego komitetu obrony Smolnego musiały jej wystarczyć. Nie wystarczyły- zaczęła rodzić w ósmym miesiącu. Tamten grudzień był dla mnie tragiczny, odeszła Praskiewa z martwym dzieckiem. Zapakowałem do mojego podróżnego tobołka dokumenty, które po niej zostały. Inżynier Gleb jeszcze kilka razy przychodził do elektrowni, gdzie dalej pracowałem, jako palacz-maszynista- proponował wyjazd do Moskwy na intratne stanowisko. Odmawiałem wykręcając się trudną sytuacją rodzinną.  Tak doczekałem końca wojny i w roku 1920 skorzystałem z możliwości wyjazdu z Rosji przez Jamburg. Po różnych przygodach w 1921 r. trafiłem do Lwowa, gdzie spodziewałem się spotkać szkolnych kolegów i ewentualnie Stryja, od którego nie miałem wiadomości. We Lwowie przygarnął mnie Adam Nadachowski, w którego wilii przy ulicy 29 Listopada 14 było organizowane Biuro Okręgowe Stowarzyszenia Dozoru Kotłów. Jednym z humorystycznych warunków stawianych wtedy nowym adeptom w zawodzie była umiejętność wykorzystywania wszystkich zalet kapelusza.Wtedy nie przyszło mi do głowy ze moje spotkanie z Ulianowem i „Krwawym” to początek historii mojego długiego życia w cieniu rodzącej się potęgi rządów mafii morderców i gnębicieli milionów ludzi na terenach Europy i Azji. Kolejne spotkanie z ich następcami 17 września 1939 roku w Borysławiu, prawie roczna wymuszona praca w ich aparacie nadzoru przemysłu na terenie zachodniej Ukrainy, druga wywózka ze Lwowa w 1941 roku, konieczne odwiedzenie jako drugie moje spotkanie z mumią „Wiecznego” w Moskwie, moje wykłady dla ich funkcjonariuszy terroru w zakresie nadzoru technicznego w szkole NKWD ośrodek Kujbyszew, kacyk Nikita i jego „partyzanci”, drugi powrót do swoich w 1945 roku… Ale o tym opowiem ci innym razem.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s